Szczęść Boże,
W zeszłym roku uczestniczyłam drugi raz w Ekstremalnej Drodze Krzyżowej. Dwa lata temu szłam w drodze
krzyżowej w Dziemianach, która była krótsza i liczyła 28 km. Udało mi się ją przejść bez specjalnych trudności
i kryzysów na trasie, więc postanowiłam w tym roku wziąć udział w pełnowymiarowej EDK, czyli takiej która
liczy minimum 42 km. Zapisałam się na trasę z Leźna do Żukowa. Towarzyszyła mi moja siostra i koleżanka.
Początek trasy był dla mnie dość ciężki, a zwłaszcza pierwsze podejście. Bardzo bolał mnie kręgosłup (cierpię
na zwyrodnienia) i zostawałam z tyłu, ale szłam równym choć dość wolnym tempem. Wzięłam też do ręki
Różaniec i z pomocą Matki Bożej pokonałam kryzys. Około 20 km zauważyłam, że moja koleżanka zostaje z
tyłu. Okazało się, że nadwyrężyła nogę w kostce, narzucając sobie na początku trasy zbyt szybkie tempo
marszu. Droga na tym odcinku prowadziła przez las, więc nie chciałyśmy jej zostawiać samej. Widziałam, że z
każdym kilometrem moja koleżanka słabnie, a nasze tempo znacznie się zmniejsza. W mojej głowie pojawił się
pewnego rodzaju bunt i myśl, że przecież miałam przejść całą trasę, a tu okazało się, że pewnie się nie uda.
Byłam nawet trochę zła, że może nie przebędę całej trasy, a przecież szłam z poważną intencją: nawrócenia
mojej córki. Wtedy przypomniałam sobie prośbę jednego z organizatorów EDK Leźno, który zaproponował
abyśmy spróbowali wziąć na swoje barki intencje innych osób i nieść jej razem z naszymi. Tam w kościele, ten
pomysł wydał mi się czystą fikcją, ale okazało się że ja mogłam w sposób realny i namacalny pomóc w
niesieniu bardzo poważnej intencji drugiemu człowiekowi. Doszłyśmy do 35 km. Droga Krzyżowa to nie
maraton i nie można jej pokonywać ze względów ambicjonalnych. Pomyślałam sobie wtedy, że moja EDK
miała widocznie liczyć 35 km, bo przecież ona ma być indywidualnym przeżyciem każdego człowieka. Nie
możemy nic planować, bo tak naprawdę to czego doświadczamy jest już zaplanowane przez Boga.
Następnego dnia pojawiły się kolejne przemyślenia. Zobaczyłam analogię mojej sytuacji do Szymona z Syreny,
który został niejako przymuszony do dźwigania Krzyża, choć może wcale nie chciał. Przypomniałam sobie też
sytuację sprzed roku, gdy podobnie jak w tym roku osoba, która mi towarzyszyła miała kontuzję kostki. Wtedy
w moim odczuciu za mało ją wspierałam i wyrzuty sumienia ciągnęły się za mną przez cały rok. Myślę, że
sytuacja tegoroczna została mi dana jako szansa zrehabilitowania się. Ekstremalna Droga Krzyżowa to droga,
przez pryzmat której żyję cały następny rok i które mnie raz po razie kształtuje. Dla mnie EDK jest sposobem
na życie z Panem Bogiem.
Agnieszka (50 lat)